blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2017-11-23

Szmaragdowozielone Jezioro - jesień

Przez całą wczesną jesień wychodziłam na spacery raczej rano - jeśli nie mam lekcji, to właśnie poranki wydają mi się idealnie spacerową porą. Ludzi jeszcze niedużo, słońce jeszcze nie praży, a tylko przyjemnie grzeje. Ci, którzy lądują w parkach koło dziewiątej rano, to ci, którzy mają czas - na madżonga, na spacer z dzieckiem, na próbę zespołu opery pekińskiej, na niekończące się ćwiczenia taichi...
Któregoś poranka wstałam jak zwykle, jednak gdy otworzyłam okno, by przewietrzyć pokoje, odkryłam, że powietrze pachnie inaczej - zimowo. To już nie jest zapach jesiennego słońca, tylko mroku i tej dziwnej rześkości. Zamknęłam okno czym prędzej, obiecując sobie, że je otworzę, gdy tylko wyjdzie słońce. A czekać trzeba było na to, bagatela, do dziewiątej! Mnie się też jakoś nie spieszyło do niczego: Tajfuniątko ładnie spało, a ja wolałam paradować po domu w seksownej misiowatej piżamie (prezent od męża!), z wielgachnym kubkiem kawy, niż się pozbierać i zmusić do spaceru. Poszłyśmy więc na ten spacer dopiero po południu; właśnie wtedy zaatakowała nas złota kunmińska jesień.

Popołudniami również można tu ujrzeć staruszków umilających sobie czas grą na rozmaitych instrumentach, śpiewem czy ćwiczeniami. Pamiętajcie, jeśli być emerytem to tylko w Kunmingu!

Klony, platany, młode miłorzęby i cała reszta pięknych drzew dostarczyły nam jesiennej feerii barw:



Tym, za co jednak naj naj naj najbardziej kocham Kunming u progu zimy jest fakt, że właśnie wtedy zaczynają kwitnąć kamelie, azalie i magnolie. To wspaniałe uczucie gdy Mama pokazuje mi ośnieżone dachy, a ja mam dla Niej w zanadrzu świeże kwiecie.
Taki jesienny Kunming da się lubić!

2017-11-21

pokaz herbaciany z wykładem

Na początku była herbata. Kurs tradycyjnego parzenia herbaty połączony z mozolnym zdobywaniem herbacianej wiedzy. Potem - praca w herbaciarni. Takiej prawdziwej, chińskiej. Później - wykłady i pokazy herbaciane dla Instytutów Konfucjusza, dla prywatnych ludzi, dla przyjaciół. A jeszcze później przyszły zaproszenia z kunmińskich uniwersytetów, bym wprowadzała w herbaciane meandry innych Obcych.
Każde takie zaproszenie to wielki stres. Przypominanie sobie specjalistycznych słówek po angielsku, ćwiczenie, by się zmieścić w wyznaczonym czasie. Ach, tak mi zimno, ale jednocześnie mam spocone dłonie, dlaczego?
Każde takie zaproszenie to również ogromna satysfakcja. Uśmiechy na twarzach uczniów, pełne podziwu spojrzenia obserwujących Chińczyków, zawsze niepowtarzalny aromat i smak herbat, które dla nich przyrządzę.
Jeśli kiedyś będę bogata, otworzę maleńką herbaciarnię, w której będę sprzedawać tylko te herbaty, które lubię. I w której będzie można ze mną usiąść, zaparzać kolejne czajniczki herbat i prowadzić niekończące się dyskusje na temat wyższości świeżych wulongów nad pięcioletnimi herbatami białymi. Och, jaka będę szczęśliwa!

2017-11-18

smażony zielony patison

Uwielbiam patisony. Jednak nie te polskie, z bardzo twardą i niejadalną skórą, tylko nasze, yunnańskie, soczyście zielone z pyszną i niezbyt grubą skórą. Od polskich patisonów różnią się tak bardzo, że długo nie mogłam uwierzyć, że to nasze to też patison... Najczęściej po prostu gotuję na nich zupę z dodatkiem paru plasterków szynki yunnańskiej albo duszę z ziemniakami, ale ostatnio trafiłam na inną wersję, która z miejsca podbiła mój żołądek.

Składniki:
  • zielony patison, niedbale posiekany
  • garsteczka suszonej papryki (byle nie chilli!)
  • łyżka pieprzu syczuańskiego
  • niedbale pokrojony w plasterki czosnek
  • pół litra czystego rosołu
Wykonanie:
  1. Na gorący olej wrzucamy rozdrobnioną paprykę, czosnek i pieprz syczuański. Gdy zapachną, dorzucamy dynię i obsmażamy intensywnie mieszając.
  2. Dodajemy rosół i dusimy do miękkości - w zależności od wielkości kawałków dyni i stopnia jej dojrzałości będzie to trwało od 5 do 15 minut.

2017-11-16

persymony 柿子

Klęska urodzaju na kampusie Uniwersytetu Yunnańskiego :)

  • Persymona [...] oznacza właściwie tylko "sprawy" (shi).
  • Persymona wraz z mandarynką [...] znaczy "wielkie szczęście we wszystkich sprawach".
  • Ciasto z owoców persymony, wraz z gałęzią sosny (bo) i pomarańczą (ju) symbolizuje "wielkie szczęście w stu sprawach".
  • Persymona z owocem lizhi oznacza "zysk (li) na rynku (shi)" a więc dobry interes.
  • Jako drzewo persymona ma cztery zalety: żyje długo, daje cień, ptaki wiją sobie na niej gniazda, ale nie jest schronieniem dla robactwa. Być może dlatego persymony sadzono dawniej często na dziedzińcach świątynnych.
/Wolfram Eberhard - Symbole chińskie. Słownik/
Ten oparty na homofonach lub brzmieniowych skojarzeniach symbolizm zawsze tak samo mnie bawi i ciekawi. Na początku sinologicznej drogi chętnie wyszukiwałam te gierki słowne... i tak mi już zostało. Więc:
persymona 柿 shì - sprawa 事 shì.
mandarynka 桔 jú - pomyślność, szczęście 吉 jí - zwróćcie uwagę, że mandarynka to tak naprawdę szczęście obok drzewa 木吉. Oczywiście, jest to tylko jeden ze znaków na mandarynkę. Ten bardziej tradycyjny to oczywiście 橘, który wszakże nie jest podobny do szczęścia, więc nam nie pasuje do teorii ;)
liczi 荔枝 lì​zhī - profit 利 lì
I tu docieramy do momentu, który pali me policzki rumieńcem. Eberhard to przecież niekwestionowany autorytet, jeśli chodzi o szeroko pojętą chińszczyznę. A tu zdarzył się lapsus.
Z pomarańczą Eberhardowi nie wyszło. Owszem, chętnie się wykorzystuje w zabawach słownych, ale pomarańcza to jednak 橙 chéng a nie 桔 jú. Za to sosna to zdecydowanie 松 sōng, a 柏 bó (czytane również bǎi) to cyprys - to iglak i to iglak, ale jednak trochę się różnią. Więc żeby sto (百 bǎi) spraw było pomyślnych, to raczej persymona z mandarynką i cyprysem...
To jest jeden z TYCH MOMENTÓW językowych - gdy kwestionujemy niekwestionowany autorytet i w dodatku mamy rację.

PS. Za inspirację dziękuję Szwecjoblogowi i Powiedz mnie!, dzięki którym zaczęłam się zastanawiać nad TYMI MOMENTAMI w trakcie nauki języka. 

2017-11-14

Cuihu nocą

Tak wcześnie robi się ciemno, że już w trakcie wieczornego spaceru z Tajfuniątkiem Kunming rozświetlają tylko latarnie, lampiony i neony. Dlatego jako miejsce wieczornej przechadzki zazwyczaj wybieramy pięknie oświetlone Szmaragdowozielone Jezioro. Tutejsze widoki za każdym razem tak samo mnie oczarowują.

2017-11-12

佤族鸡肉烂饭 miękki ryż z kurczakiem w stylu Wa

W Polsce kleik ryżowy podaje się bodaj wyłącznie osobom obłożnie chorym, które muszą być na mocno lekkostrawnej diecie. Z założenia jest nieszczególnie smaczny.
Chiny to zupełnie inna bajka. W niektórych regionach rozmaite kleiki to podstawowe śniadanie albo i inne posiłki. Mnogość dodatków oszałamia: od mięs, owoców morza i jajek po najrozmaitsze warzywa. Są kleiki delikatne i pikantne, słone i słodkie, wodniste i tak gęste, że aż łyżka stoi, mogą być podawane na gorąco i na zimno. Mój ukochany kleik z owocami morza z Chaoshan to potrawa wprost mistrzowska, ale inne też są nienajgorsze. Nie jestem wprawdzie specem od kleików, ale, jak widać, lubię je i znam sporo odmian. Nic mnie jednak nie przygotowało do bliskiego spotkania trzeciego stopnia z miękkim ryżem Wa.
Podczas niedawnej kolacji u Wa podano nam ni to kleik, ni to risotto, aż zielone od tych wszystkich pachnących dodatków, a w dodatku z obfitą wkładką mięsną. Ryż ten bowiem gotuje się na kurzym rosole, z dodatkiem sporej ilości kurczaka, a oprócz tego mamy tu jeszcze rozmaite warzywa i zioła.
Legenda głosi, że potrawę wymyśliło pewne starsze małżeństwo. Mieli oni bardzo dużo dzieci, a dzieci te miały już swoje rodziny. Nieczęsto zdarzało się więc, by wszyscy mogli się spotkać. Pewnego roku wszystkie latorośle wróciły jednak do rodziców na kolację noworoczną. Szkopuł w tym, że starzy i ubodzy rodzice byli nieprzygotowani na taki najazd Hunów i nie mieli ich czym nakarmić. Zarżnęli więc jedyną kurę, wsadzili do gara z zimną wodą, zasypali ryżem i dołożyli garstkę ziół z podwórka - ot i cała noworoczna wyżerka. Sami się pewnie nie spodziewali, że tak gotowany ryż okaże się tak smakowity, że odtąd zaczął się pojawiać na wszystkich noworocznych stołach ludu Wa.
Musiałam, po prostu MUSIAŁAM się nauczyć go robić.

Składniki:
  • kurczak - w zależności od planowanej ilości albo cały, albo jakaś jego część, koniecznie z kością i mięsem
  • ryż dobrej jakości
  • garść drobno posiekanego koperku
  • garść drobno posiekanej zielonej papryki
  • łyżka papryki w proszku
  • garść drobno posiekanej kolendry/pietruszki
  • garść drobno posiekanej zielonej cebulki
  • ściamkany czosnek po uważaniu
  • garść drobno posiekanej mięty
  • garść drobno posiekanego selera naciowego
  • ściamkany imbir po uważaniu
  • pieprzy syczuański po uważaniu
  • odrobina soli
Wykonanie:
  1. Gotujemy kurczaka w niedużej ilości wody - ot, żeby nie wystawał, ale nie za dużo. Chyba, że zamierzamy nakarmić drużynę futbolową, to wtedy na miejscu będą i duży garnek, i dużo wody. Już do tego pierwszego gotowania można dodać imbir, najlepiej w całości, obrany ze skóry.
  2. Gdy zupa przyjemnie pyrka, zajmujemy się myciem i siekaniem zieleniny. Dowolny składnik można pominąć i ilość dowolnego można podwoić. Obowiązkowa jest tylko kolendra i papryka.
  3. Gdy mięso zaczyna odchodzić od kości, wyjmujemy je z wody, do której w zamian wsypujemy dobrze przepłukany ryż. Proporcje wody i ryżu mają być trochę inne niż podczas gotowania zwykłego ryżu - po prostu trzeba dać około dwa razy więcej zupy niż zazwyczaj. Czyli nie 2:1, a raczej 4:1, albo i więcej.
  4. Gdy ryż się spokojnie, na małym ogniu gotuje, a my go co jakiś czas mieszamy, zajmujemy się obieraniem mięsa z kości i rozdrabnianiem go na maleńkie kąski - można ręcznie, można pokroić. Dorzucamy mięso do gotującego się  ryżu.
  5. Gdy ryż wchłonie całą wodę, ale jeszcze będzie mocno wilgotny i miękki, dorzucamy do niego wszystkie nasze przyprawy i dodatki. Gotujemy jeszcze przez chwilę, by połączyły się smaki - i już gotowe!

2017-11-10

intruzi

Tajfuniątko już bardzo ładnie śpi. O ósmej kąpiel, potem książeczka, kołysanka, "umilacz" i - w kimono. Zazwyczaj przed dziewiątą jest już małym, ciepłym tobołkiem, nie reagującym na próby przenoszenia czy nasz przytłumiony śmiech. Kiedy się dobrze uda, śpi tak do rana. Jeśli się nie uda, w środku nocy mam przerwę na przytulenie malucha, który NATENTYCHMIAST MUSI do mamy. Takie noce zdarzają się coraz rzadziej, ale się zdarzają. Staram się wtedy przymknąć oczy i uszy i nie wybijać się ze snu, nawet jeśli muszę siedzieć w fotelu z tobołkiem na ręku. Czasem się udaje.
A czasem nagle słyszę szelest. Nie. Szelesty. Nieregularne, ale zbyt wyraźne, by były tylko omamem słuchowym. Czy to morderca? Złodziej? Czy tylko karaluch? E, nie, na karaluchy trochę za głośno. Wyraźnie słyszę, jak coś szeleści, ale czym? W foliówkach jest zapakowane szczelnie jedzenie - owoce, orzechy, suszone owoce...
Mam ochotę się zerwać, wbiec do salonu i zapalić wszystkie światła, by zobaczyć, co/kto tu broi. Jednocześnie boję się, że zobaczę coś, czego bardzo nie chciałabym ujrzeć - np. wielkiego, agresywnego szczura albo jadowitego pająka czy węża. Modlę się, żeby to wszystko był wytwór mojej chorej wyobraźni.
Następnego dnia rano widać dokładnie, że intruz połakomił się na ciasteczka księżycowe z szynką i resztkę krakersów. ZB w całym salonie rozstawia pułapki - takie, że ewentualne myszy czy szczury musiałyby się przylepić i nie dałyby rady uciec. Nawet się nie zastanawiamy, którędy dziadostwo wlazło. Mogło przez kanalizację, przez niedomknięte okno, przez uchylone drzwi, gdy w domu panował rozgardiasz. Nie ma sensu się spierać o to, czyja to wina, że mamy na utrzymaniu jakieś tajemnicze zwierzę.
Kolejna noc z przymusową pobudką. Żadnych odgłosów. Łapki też puste. Może to był jednorazowy mysi wybryk?
Trzecia noc, równie niespokojna. Początkowo cisza jak makiem zasiał, ale po chwili coś znów trzeszczy i szeleści. Zadowolona, że łapek jest dużo i na pewno złapiemy wroga, idę spokojnie spać.
A rano - pułapki puste. Czyżbym sobie wymyśliła wizytę? Ależ nie! Na jednej z pułapek wyraźnie widać odbitą łapkę. Duża coś ta łapka. Znów oblewa mnie zimny pot. Cóż to za zwierzę i gdzie się kryje? Przeszukuję jeszcze raz mieszkanie. To tylko 45 metrów, gdzie, u licha, mógł się podziać złodziej?!
Kolejne dwa dni nie przynoszą zmian. Wiemy, że dziki gość buszuje, ale nie wiemy, co to, ani gdzie się podziewa za dnia. Nie zostawiamy na zewnątrz żadnego jedzenia, ale to nie chroni pokoju przed szczegółową penetracją.
Tamtego dnia zaczęło lać. Zrobiło się zimno. Podjęłam męską decyzję - zamiast zasłaniać okna specjalną metalową siatką chroniącą przed komarami i innymi owadami, trzeba je zacząć wieczorem zamykać. Podchodzę do okna w drugim pokoju, a tam - cały zewnętrzny parapet w bobkach. I resztkach żarcia.
No i - siatka. Nie widzę uszkodzeń. Ale kiedy dotykam, okazuje się, że cały dół jest urwany i zwisa z ramy zamiast być napięty.
Wiele razy już wspominałam, że nie znoszę wiewiórek, prawda? Teraz nienawidzę ich jeszcze bardziej.
Posprzątane, siatka wymieniona, na wszelki wypadek na noc zamykamy okna. I gdy się już wydaje, że tę wojnę wygraliśmy, okazuje się, że... gaz ucieka.
Tak. Skubańce w akcie zemsty przegryzły rurkę doprowadzającą gaz do naszej kuchenki...
Jak złapię, to oskalpuję i wsadzę do garnka, po yijsku. Howgh!

2017-11-08

sto lat!

W listopadzie piąte urodziny obchodzi Klub Polki na Obczyźnie. Z tej okazji w projekcie późnojesiennym piszemy o naszym związku z Klubem i o tym, jak obecność w nim na nas wpływa - na ludzi, na blogerki, na kobiety. Pięć lat - pięć punktów.

  1. Nowi ludzie - bo gdzież indziej mogłabym znaleźć tak wielką i prężną grupę ludzi, z którymi łączy mnie tak wiele? Jesteśmy kobietami (no, z wyjątkiem naszego Rodzynka), jesteśmy emigrantkami, jesteśmy Polkami, jesteśmy blogerkami. To już cztery punkty wspólne. A z niektórymi przecież łączy mnie więcej: pochodzimy z tego samego regionu, lubimy te same filmy czy książki, interesuje nas podobny region świata, lubimy gotować, nie lubimy... no, tutaj nie będę się chwalić, niechęcią do czego zjednały sobie niektóre dziewczyny moją sympatię ;) Więcej nas łączy niż dzieli.
  2. Dużo czytania - bo dziewczyny chętnie dzielą się linkami do swych blogów i vlogów. Jeśli podczas mojej porannej kawy Tajfuniątko już śpi swą przedpołudniową drzemkę, zamiast przeglądać jakieś okropieństwa na stronach z wiadomościami ze świata i z Polski, skupiam się na miejscach, które dobrze znam, albo których jeszcze nie widziałam, na pochwale życia, na ciekawym przepisie i rewelacyjnych zdjęciach. Każda z dziewczyn ma w sobie coś, każdy blog jest szczególny. I choć oczywiście niektóre darzę większą sympatią niż inne, przyznać muszę, że chętnie klikam również na wpisy, których wyszukanie w innym wypadku nie wpadłoby mi do głowy.
  3. Pomysły - bo co parę miesięcy są nowe projekty o ciekawych tematach. Staram się brać w nich udział, choć oczywiście nie każdy projekt mnie do siebie przekonał ;) To jest zawsze wyzwanie - bo tematy projektów to coś, o czym pewnie nie pisałabym na blogu, a już na pewno nie w tej formie. Czyli ćwiczę pióro, ćwiczę sposób patrzenia na blog, a potem podglądam, jak do tematu podeszły inne klubowiczki - i czasem sporo się od nich uczę.
  4. Pogaduchy - czasem jest łatwiej zagaić, gdy na siebie nie patrzymy i nie siedzimy nad kawą. Niektóre pogawędki są kwintesencją szczęścia, niektóre ratują od czarnej rozpaczy. Ileż już razy dodawałyśmy sobie otuchy i dawałyśmy wsparcie w trudnych chwilach! Ileż razy rozśmieszałyśmy się do łez! Och, ta społeczność jest wprost fantastyczna!
  5. Książka - już parę razy zostałam wydana. Niestety, jak do tej pory moje publikacje cieszyły oczy niewielkiej grupy odbiorców, były to bowiem publikacje naukowe. Jednak dzięki naszej Matce-Założycielce stworzyłyśmy coś trwałego, a w każdym razie trwalszego niż blog. Jest to książka Świat według Polki, do której i ja dołożyłam swą małą cegiełkę. Zawsze wiedziałam, że lubię pisać. Jednak nigdy nie sądziłam, że tak bardzo polubię pisanie "do książki". Od tamtej pory, gdy zaczyna się wokół mnie dziać coś ciekawego, włącza mi się automatycznie czujnik "czy nadałoby się do książki, a jeśli tak, to jak to opisać". Może wreszcie kiedyś uda mi się skompletować tych historyjek wystarczająco dużo, by obdarować nimi jakiegoś szczęśliwego wydawcę? :)
Kochany Klubie! Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. I - sto lat!
(grafikę na piąte urodziny Klubu wykonała jedna z klubowiczek - Sylwia Rioux. Dziękujemy!)

2017-11-06

kolacja u Wa

Jest taka grupa etniczna w Yunnanie i Birmie, która nazywa się Wa. Nie jest bardzo liczna, w obu krajach łącznie liczy około 800 tysięcy ludzi. Swego czasu szalenie ciekawiła mnie ich historia, ponieważ dawniej byli łowcami głów - głowy wieszano nad domami, żeby przynosiły szczęście i dobre plony, a także odganiały złe duchy. No powiedzcie sami, kto wychowany na Tomkach mógł się oprzeć chińskim łowcom głów??
Jakoś mi się jeszcze nie zdarzyło pojechać nad granicę yunnańsko-birmańską. Ani do Birmy, jeśli już o tym mowa. Dlatego miałam szczęście poznać tylko jednego reprezentanta tego ludu. Kolega był śliczny, choć nieduży, bardzo proporcjonalnie zbudowany, miał mocno ciemną karnację i przepiękne białe zęby. Świetnie grał w siatę, ale to akurat zupełnie inna historia. Mogłabym się w nim zakochać za tę urodę i zupełną niechińskość, ale gdy mówiłam, że jest śliczny i patrzyłam nań z zachwytem, on myślał, że żartuję. Bo przecież był Wa o ksywie "Mały Czarny" 小黑 i Chińczycy uważali, że jest zbyt czarny, by w ogóle móc go rozważać w kategoriach urody. Ech, te chińskie kanony estetyczne...
Wa pozostało mi w głowie jako miłe skojarzenie z przystojnym facetem o ciemnej karnacji. Dopiero później zajarzyłam, że to oni jako totem wybrali sobie woły i dlatego często ich domostwa są ozdobione czaszkami o wielkich porożach. Można wprawdzie takie poroża kupić na każdym targu z pamiątkami, ale w przestrzeni publicznej rzadko wpadają w oczy - no chyba, że w knajpach prowadzonych przez Wa. I znów - kiedyś mi nawet jakieś takie knajpy mignęły, ale jakoś nigdy się nie złożyło, byśmy poszli na kolację do Wa. Dlatego gdy szwagierka zaproponowała, by tym razem zjeść po etnicznemu, zareagowałam z wielkim entuzjazmem. Entuzjazm był jeszcze większy, gdy okazało się, że nie jest to prawdziwa knajpa, tylko tzw. "prywatna kuchnia" 私厨. Prywatne kuchnie to szał ostatnich lat. Ludzie w prywatnych mieszkaniach urządzają rodzinne knajpki. Zazwyczaj znajduje się w nich tylko kilka stołów, bo większej ilości gości i tak nie dałoby się obsłużyć. Kucharzami/kelnerami/gospodarzami są bowiem właściciele/najemcy mieszkania, którzy od a do z przygotowują posiłki i zajmują się gośćmi. Stół trzeba zamawiać z wyprzedzeniem; w zależności od typu knajpy menu albo ustala się z kucharzem, albo jest to niespodzianka szefa kuchni dla gości. Z zewnątrz nie są te "prywatne kuchnie" w żaden sposób oznakowane; reklamują się przez znajomych znajomych oraz wszędobylski WeChat. Do takiej to właśnie "prywatnej kuchni" poszliśmy dnia owego na kolację.
Już sam wystrój pokoju był fajny: szafa z dyniami, wiszące rogi (a jakżeby inaczej!), a także wielgachne stągwie z różnymi typami bimbru.
I stoły - niskie stoły, z wielkimi plecionymi blatami. Wyłożone bananowymi liśćmi, mogłyby pomieścić chyba tonę żarcia. Gdy przyszliśmy, na jednym ze stołów właściciel przygotowywał właśnie posiłek ręką łapany.
Ku mojemu zdumieniu, nasz stół był zupełnie zwyczajny. Powoli zaczęły się na nim pojawiać miski z zupełnie zwykłą zawartością. Zupa na żeberkach z beninkazą. Smażone krewetki. Prawdziwki smażone z suszonym chilli. Podduszony kalafior. Nieśmiało pytam szwagierkę, czy to aby na pewno jest kuchnia Wa.
Ach, wiesz, ponieważ masz małe dziecko, postanowiliśmy, że przyjdziemy tutaj, bo fajne miejsce, ale sami przyrządzimy żarcie, takie dobre dla dziecka, bo przecież z kuchni Wa nic by nie mogła jeść, wszystko takie pikantne!
Myślałam, że się rozpłaczę. Wreszcie miałam okazję spróbować kuchni Wa i zostałam tej okazji pozbawiona zupełnie bez powodu! Bo przecież Tajfuniątko po pierwsze bardzo lubi surowe warzywa oraz kukurydzę i gotowane fasolki edamame, a po drugie uwielbia barwny ryż. Który jest inny niż u grupy etnicznej Buyi, ale też bardzo apetyczny; wymieszanie ryżu łuskanego i brązowego jest zdumiewająco dobrym pomysłem.
Właściciel zobaczył zawód na mojej twarzy i rozmarzenie wywołane obserwacją tego, co układał na tym drugim stole. Dlatego po przyrządzeniu dla tej drugiej grupy gości każdej potrawy, przynosił nam w miseczkach resztki, tak na spróbowanie, na koniuszek języka. W tym jeden ryż, który mnie uwiódł - ale o tym innym razem.
Muszę, muszę wrócić do tej knajpy. Tak, jest pikantnie. Ale również pachnąco, świeżo i przepysznie. Mniam! Jeśli Wam się kiedyś rzuci w oczy knajpa Wa, koniecznie idźcie spróbować. Z dużym prawdopodobieństwem wszystko będzie przepyszne...
PS. Tak, ten Wa też jest śliczny ;)

2017-11-04

trukwa na parze 蒸丝瓜

Uwielbiam trukwę za jej nienachalną słodycz i orzeźwiającą konsystencję. No i za to, jak bardzo się lubi z czosnkiem :)

Składniki:
  • trukwa
  • parę ząbków czosnku
  • ewentualnie sos sojowy/ostrygowy
Wykonanie:
  1. Trukwę solidnie wyszorować szczotką i pokroić w poprzek na dwucentymetrowe kawałki.
  2. Czosnek przeciskamy przez praskę i zalewamy łyżką lub dwiema wrzątku. Ma powstać dość gęsta, jednorodna papka.
  3. Niewielką łyżeczką wybierać z trukwy miąższ, uważając, żeby nie przebić się przez "dno" i żeby nie uszkodzić ścianek. W powstałą dziurę wkładać papkę czosnkową - ilość zależy tylko od Waszego gustu i Waszej tolerancji na czosnek.
  4. Gotować na parze około 10 minut.
  5. Można do smaku doprawić sosem sojowym - parę kropli na jedną cząstkę trukwy.

2017-11-02

Sathorn Unique Tower

W każdym, nawet najpiękniejszym mieście, są miejsca, które straszą wyglądem. Nie będę się wyzłośliwać ani Pałacem Kultury ani kunmińskimi potworkami, które zazwyczaj staram się po prostu omijać wzrokiem. Kiedy mieszkamy gdzieś dłużej i nie chcemy sobie psuć dnia zauważaniem brzydoty, szybko uczymy się w niektórych miejscach odwracać spojrzenie. Za to w nowych dla nas miejscach zazwyczaj właśnie te potworki najbardziej włażą nam w oczy.
W Bangkoku wszedł mi w oczy niedokończony wieżowiec, którego nazwę widzicie w tytule. Plany były wielkie: miał być czterdziestosiedmiopiętrowy (plus dwa piętra pod ziemią) i mocno luksusowy. Budowa zaczęła się w 1990 i wszystko szło dobrze, bo architekt i deweloper Rangsan Torsuwan cieszył się już wówczas dobrą sławą, a i finansowanie projektu miało być bułką z masłem.
W 1993 roku Rangsana i trójkę innych mężczyzn zaaresztowano, bo ponoć chciał mordować głowę Sądu Najwyższego, Pramana Chansue. Wyobraźcie sobie, że byli wzywani na rozprawy 461 razy i że wyrok wydano dopiero w 2008 roku! Piętnaście lat mordęgi i złej sławy znacznie zawęziło możliwości finansowe architekta i budowa stanęła w miejscu. A później było już tylko gorzej - wielki azjatycki kryzys finansowy w 1997, podczas którego Tajlandia ucierpiała bodaj najbardziej bardzo zaszkodził wszystkim projektom, zwłaszcza tym, które dotyczyły rynku nieruchomości. W owym czasie budynek był już ukończony w około 4/5... i tak już zostało. Nie on jedyny - w owym czasie w Bangkoku straszyło ponad 300 niedokończonych wieżowców, z tym, że większość z nich ukończono, gdy tylko Tajlandia podźwignęła się trochę finansowo. Tylko kilkanaście z nich z czasem zmieniło się w "wieże duchów". Nasz budynek opisałabym jako "stan surowy zamknięty", choć podobno na wyższych piętrach nawet i ściany są niekompletne. Teoretycznie budynek jest zamknięty na cztery spusty. W praktyce za parę bahtów można przekonać strażników, że przecież nic złego się nie stanie. To turyści. Oprócz tego budynek jest oczywiście squatem.
W 2014 roku na 43. piętrze zadyndał pewien Szwed. Jak zwykle, w mediach wybuchła dyskusja na temat bezpieczeństwa, ale oczywiście nic się nie zmieniło. W budynku zmarło już sporo ludzi i zawsze po takiej śmierci jest afera, ale nie trwa to długo. Od czasu do czasu karani są ludzie, w tym obcokrajowcy, którzy urządzają sobie w tej wieży piknik, freerun czy inny parkour. Swoją drogą, skoro wiedzą, że wchodzenie do budynku jest nielegalne, to skoro już tam włażą, mogliby przynajmniej nie wrzucać do sieci zdjęć i filmów, prawda?
Ciekawe, że to samo, co przyciąga awanturników, jednocześnie odpycha tzw. zwykłych ludzi. Dość powszechne jest przekonanie, że budynek jest nawiedzony - budowano go podobno na terenach starego cmentarza. Jeszcze inni twierdzą, że wszystkie nieszczęścia, które uniemożliwiły ukończenie budowy wieżowca biorą się z tego, że rzuca on cień na pobliską świątynię Wat Yannawa, obrażając bóstwa. Z tego też powodu Piękna Cnota przejeżdżając obok Sathorn Unique, zawsze pochyla głowę i przeprasza bóstwo, prosząc je jednocześnie o wyrozumiałość dla ludzkiej głupoty...
PS. Na wszelki wypadek nie podchodziłyśmy bliżej...
PS. 2 Piękne zdjęcia z tamtego budynku znajdziecie tutaj.

2017-10-31

Rzeka Ciesząca Smoka 龙纳河

Jest słońce, jest wolne, jest samochód. Tym razem wybieramy się więc do "Bogatych Ludzi" czyli do położonego tuż przy Kunmingu miasteczka Fumin 富民. Fumin to dosłownie "wzbogacać ludność" i faktycznie coś w tym jest - chyba jeszcze w żadnym maleńkim miasteczku nie widziałam takich fur i wypasionych domków. Fiu, fiu, fiu... Widać nie bez powodu Fumin jest kunmińskim "koszyczkiem z jedzeniem" - uprawia się tu ryż, pszenicę, kukurydzę, tytoń, orzechy, woskownice, ostrudę mandżurską, kasztany jadalne, winogrona i wiśnie; nie brakuje również hodowców trzody chlewnej i drobiu. Poza tym jednak - nic tam nie ma. To znaczy: w samym mieście. To okolice Fumin słyną z przepięknych krajobrazów, krystalicznie czystej wody i absolutnego braku zanieczyszczonego powietrza. Atrakcją wymienianą bodaj najczęściej są dziewicze tereny doliny, którą płynie Longna he - Rzeka Ciesząca Smoka, nazywana czasem małym Jiuzhaigou. Zobaczyłam zdjęcia, chciałam tam pojechać już od dawna. Po rzece można pływać łódkami i pontonami, górskie źródełko jest chłodne i czyste, krajobraz piękny, a ponoć i droga dobra. Tylko 20 kilometrów od Fumin, a przecież Fumin jest tuż za granicą Kunmingu.
Do Fumin dotarliśmy w samo południe; wstąpiliśmy do pierwszej lepszej knajpy i zapytaliśmy, co jest ich specjalnością. Kelnerka spojrzała na nas jak na wariatów i powiedziała, że właściwie nic, robią po prostu zwykłe, domowe żarcie.
Dla nas to zawsze najlepsza reklama. I tym razem okazało się, że knajpa karmiła jak najlepsza babcia - ogromne półmiski wypełnione przepysznie przyrządzonymi smakołykami. Nawet Tajfuniątku smakowało. W dodatku ceny o tyle niższe od tych kunmińskich, że uiszczaliśmy rachunek z prawdziwą przyjemnością.
Z popuszczonymi pasami jedziemy dalej. Dwadzieścia kilometrów to przecież jak splunąć.
No chyba, że cała droga to wąska dróżka górska, teoretycznie asfaltowa, ale ze strumykami w poprzek, usypiskami, brakującymi częściami drogi i niespiesznie usuwającymi zadki wszędobylskimi kozami. Jeśli, nie daj buddo, z naprzeciwka jechało drugie auto, któreś musiało się cofać do ostatniego szerszego zakrętu. Dwudziestokilometrową trasę pokonaliśmy w godzinę, dojeżdżając do... nikąd. To znaczy: droga biegła dalej, ale nasz GPS stwierdził, że jesteśmy na miejscu, powiedział do widzenia i twardo stał na tym stanowisku, choć tutaj nic nie było. W oddali majaczyła jakaś rzeczka, ale nie było do niej ani dojazdu, ani nawet dojścia.
Hmmm. Okolica piękna, próbujemy pojechać dalej.
Po dwóch kwadransach kluczenia i pytania miejscowych dojechaliśmy do górskiej dróżki, która prowadziła w dół, do zbiornika wodnego. Stały już tam dwa samochody, a tubylec na pytanie, czy to już Longna he, skinął głową. Parkujemy i schodzimy.
Na końcu dróżki był, owszem, zbiornik wodny i źródełko. Śliczna okolica... i dziesięć samochodów terenowych, których właściciele uznali, że tylko w tak krystalicznie czystej wodzie warto myć auta.
W oddali majaczy ładne domostwo, trochę za duże jak na prywatny dom. Można tam dojść po niedbale przerzuconych nad strumieniem gałęziach. Pod zamkniętymi na kłódkę drzwiami wejściowymi stoją trzy namioty; naszliśmy ludzi w trakcie pikniku. Poinformowali nas, że dawniej tak, owszem, była tu knajpa, a mieszkańcy nie tylko cię karmili, ale również wozili łódką po jeziorku i organizowali piesze wycieczki, ale dom od dawna stoi pusty. Pewnie splajtowali. Skąd więc pontony na jeziorze? Cóż, kto ma w domu, ten sobie przywozi i pływa...
Poszliśmy w górę źródełka. Znalazłam kamienistą "plażę" z maleńką mierzeją. Tam woda była tak czysta i płytka, że wpuściłam do niej uszczęśliwione Tajfuniątko. Caluteńką godzinę dreptała po ciemnym piasku i drobnym żwirze, zachwycając się tym, jak zupełnie inaczej tam się chodzi, jak wspaniale piasek przecieka przez palce i jak fantastycznie czuje się dziecko upaskudzone od stóp do głów z głową włącznie. Zachwycałaby się dalej, ale zaszło słońce i zaczął wiać nieprzyjemny wiatr, co w połączeniu z lodowatym źródełkiem mogłoby się źle skończyć - wszak już październik. Mimo protestów Tajfuniątka, wróciliśmy do samochodu. Dziecię spało całą drogę jak zabite, a my... Cóż. W sumie spędziliśmy bardzo miły dzień. I tylko wieczorem, przeglądając zdjęcia z tej krótkiej wycieczki stwierdziliśmy jednogłośnie, że Jiuzhaigou to to jednak nie jest.





2017-10-29

rosół ze smardzami

Dziś danie idealne na jesienną szarugę i zimno: rozgrzewający rosół z grzybami (jak niedziela, to niedziela!). U nas jeszcze ostatnie smardze, ale wiem, że w Polsce są one pod ochroną. Więc dodajcie cokolwiek, choćby i pieczarki albo suszone prawdziwki. Będzie pysznie!

Składniki:
  • porcja rosołowa z kury plus trochę mięsa - można dodać na przykład podudzie
  • garść grzybów, pokrojonych tak, by się mieściły na łyżce
  • imbir, sól, ewentualnie jakieś ulubione przyprawy, ale niekoniecznie
  • ewentualnie poplasterkowany por
Wykonanie:
  1. Jeśli grzyby są suszone, to poprzedniego dnia porządnie wypłukać i namoczyć. Nie wylewać wody!
  2. Kurczaka niedbale posiekać na kawałki łatwe do uchwycenia pałeczkami.
  3. Imbir obrać ze skóry i mocno pacnąć płazem tasaka, żeby go trochę zmiażdżyć.
  4. Wszystkie składniki wrzucić do wolnowara albo zwykłego garnka z grubym dnem i zalać niedużą ilością wody. Jeśli mamy wodę spod grzybów, można dodać, dbając, by nie wlać razem z piaskiem i innymi paskudztwami.
  5. Zagotować, zebrać szumowiny, a potem gotować na wolnym ogniu dwie-trzy godziny, aż grzyby i mięso będą całkiem miękkie.
Podawać z miseczką dobrego ryżu.

2017-10-27

duchy

Wracam wieczorem. Od pojawienia się Tajfuniątka zdarza mi się to bardzo rzadko. Właściwie nigdy. No dobra. Nigdy. Tym razem to też nie był późny wieczór, tylko niecała ósma, ale było już ciemno. ZB kluczy między drzewami, bo nasza ulica ma chodnik wysadzany drzewami umieszczonymi wystarczająco nieregularnie, żeby nie dało się iść prosto. Ulica teoretycznie posiada lampy. Spuśćmy na nie zasłonę miłosierdzia.
To właśnie dlatego, że był ciemny wieczór, a ja musiałam patrzeć pod nogi, zauważyłam ten mały ołtarzyk. Parę znaków na kartonie, po obu stronach czerwone świece, a przed nimi owoce, zapalone trociczki i miseczka, pewnie z alkoholem. Próbuję sobie przypomnieć, co to za święto, ale w głowie mam pustkę. Aparatu oczywiście nie wzięłam, bo nie jestem przecież turystką, tylko tubylcem, ale całe szczęście jest przecież aparat w telefonie! Już wyciągam, by uwiecznić "ołtarzyk" i w domu na spokojnie wyszukać, o co mogło chodzić, ale ZB chwyta mnie za rękę. - Nie rób zdjęć! - Moje zaskoczone spojrzenie nie podziałało, ręce nadal miałam zablokowane.
Przecież nie można robić zdjęć. To ołtarzyk dla duchów. Pewnie ktoś tu umarł. A jeśli zaniepokoisz ducha tym zdjęciem i on Ci wejdzie w telefon, to co zrobisz? Potem nagle rozmowy się będą urywać, a aplikacje nie działać, a to wszystko będzie przez ducha.
Patrzę na ZB z ukosa - a Ty w to wierzysz?
Niepewne chrząknięcie, fałszywie brzmiący śmieszek. 
No nie wierzę. Ale duchów nie obchodzi, kto w nie wierzy. A zresztą - trzeba przecież mieć jakieś tabu, prawda? Ja uważam, że rozsądnie się trzymać z daleka od duchów.
Idziemy dalej ulicą. Myślę o tym, jak dużo kosztowało mnie, by przestać posypywać cukrem wysypaną sól czy też przysiadać na dziesięć sekund, jeśli wróciłam do domu po zapomniany drobiazg. I zastanawiam się, czy duchy nie będą na mnie złe, jeśli je wsadzę do jednego worka z solą i przysiadaniem. Wróć, przecież nie wierzę w takie duchy! Wierzę tylko w te dobre, które czasem mnie chronią przed popełnieniem najgorszych błędów. I w to, że od czasu do czasu uśmiecha się do mnie z Nieba Babcia.
Zdjęcia nie zrobiłam. Niech ołtarzyk pozostanie tak piękny tylko w mojej pamięci.
I w oczach duchów.

2017-10-25

Podstawowe chińskie zwierzęta I

Kolejne wydanie akcji W 80 blogów dookoła świata jest poświęcone zwierzętom pod względem językowym. Początkowo chciałam napisać o zabawnych w dosłownym tłumaczeniu nazwach chińskich zwierząt, nie chciałam jednak powielać treści wpisu o śmiesznych wyrazach. Postanowiłam więc wyszperać znaki zwierząt, które stały się podstawą dla innych znaków - innymi słowy zwierzęce klucze. Świadoma, że nie wszyscy PT Czytelnicy są chińskojęzyczni, rozwinę. Otóż chińskie znaki dzielą się na podstawowe oraz złożenia. Te podstawowe to na przykład słońce, ogień, góra, woda itd. Są to tzw. klucze. Złożenia mogą się składać z dwóch albo więcej znaków podstawowych. Czasem są to połączenia iście hieroglificzne, gdy cały sens znaku bierze się ze złożenia, a czasem złożenia są semantyczno-fonetyczne, czyli któraś część znaku podpowiada znaczenie, a inna - wymowę. Dla mnie podczas nauki języka najwspanialszą zabawą od zawsze jest rozbieranie znaków na części pierwsze i próby domyślenia się, dlaczego złożenie powstało w taki a nie inny sposób. Dziś będzie o znakach, będących podstawą złożeń, a mających związek ze zwierzętami.
  • 蟲/虫 chóng - insekt i stworzenia podobne do insektów
  • 龜/龟 guī - żółw
  • 虍 hū - tygrys
  • 龍/龙 lóng - smok
  • 鹿 lù jeleń
  • 馬/马 mǎ - koń
  • 鳥/鸟 niǎo - ptak
  • 牛 niú - krowa
  • 犬 quǎn - pies (obecnie używany w nazwach niektórych psich ras oraz w formalnym języku)
  • 犭 quǎn - druga wersja psa, występująca wyłącznie w złożeniach
  • 豕 shǐ - świnia
  • 鼠 shǔ - mysz, szczur i im podobne
  • 羊 yáng - owca, koza
  • 魚/鱼 yú - ryba
  • 豸 zhì - beznogi robak
  • 隹 zhuī - któtkoogoniasty ptak
Na bazie tych znaków podstawowych powstały znaki pozostałych zwierząt. Niestety, nie dałabym rady pokazać Wam wszystkich. Zresztą - stąd właśnie rzymska jedynka w tytule wpisu. Mam nadzieję, że ten wpis stanie się pierwszym w serii. Wybrałam więc tylko jeden klucz, mój ulubiony, by pokazać Wam, ile zwierząt potrafili na jego bazie zbudować Chińczycy. Ponieważ jestem nieuleczalną psiarą, na pierwszy ogień pójdzie klucz psa. Spójrzcie:
  • 狈 bei - legendarny drapieżnik podobny wilkowi o krótkich przednich łapach
  • (刺)猬 (ci)wei - jeż
  • 狒 fei - pawian
  • 狗 gou - pies
  • 犼 hou - legendarny podobny psu drapieżnik-ludojad
  • 猴子 houzi - małpa
  • 狐狸 huli - lis
  • 猢狲 husun/猕猴 mihou - makak
  • 獾 huan - borsuk
  • 㺢㹢狓 huojiapi - okapi
  • 狙 ju - makak, rezus i kilka innych małp
  • 狼 lang - wilk
  • 猫 mao - kot
  • 猸子 meizi/獴 meng - mangusta
  • 猛犸象 mengmaxiang - mamut
  • 獏 mo - tapir
  • 獰貓 ningmao - karakal (ryś stepowy)
  • 狍 pao - sarna
  • 犰狳 qiuyu - pancernik
  • 猞猁 sheli - ryś
  • 狮子 shizi - lew
  • (水)獭 (shui)ta - wydra
  • 猩猩 xingxing - orangutan
  • 猿 yuan - małpa człekokształtna
  • 獐 zhang - jelonkowiec błotny
  • 猪 zhu - świnia
Ciekawe, że Chińczykom łatwiej było skojarzyć np. jeża z psem niż z jakimś innym stworzeniem. Albo takie okapi, jelonkowiec czy też sarna - dlaczego do stworzenia dla nich nazw nie wykorzystano klucza jelenia? Czasami naprawdę mocno zastanawia mnie logika etymologiczna chińskich wyrazów...
Oczywiście, nie wyczerpaliśmy w ten sposób ani listy zwierząt z psim kluczem (wypisałam tylko część), ani tym bardziej listy wszystkich znaków z tym kluczem. Choć najczęściej klucz ten pojawia się przy zwierzętach, można go bowiem spotkać również przy innych znakach, które podzieliłam na kilka grup:
  1. słowa związane w jakiś sposób ze zwierzętami, np. polować 打猎 czy myśliwy 猎人
  2. nazwy plemion "barbarzyńców", którzy niewiele się różnili w oczach starożytnych Chińczyków od zwierząt, np. 猃狁 Xianyun - nomadzi z północy, którzy najeżdżali Chiny.
  3. przestępstwa - bo przestępcom też bliżej do bestii niż do ludzi, np. 犯人 - przestępca, 狱 - więzienie
  4. uczucia/zachowania niegodne człowieka a bardziej pasujące do bestii, np. 狠 brutalny, bezlitosny
Jeśli zauważyliście jakieś braki - podpowiadajcie. Chętnie uzupełnię ten zwierzęcy słowniczek. A tymczasem wracam do listy znaków z kluczem psa. Okazało się, że całkiem spora część nic mi nie mówi i muszę czym prędzej nadrobić braki!
Poniżej wpisy innych uczestników akcji:
angielski: Angielska Herbata - Angielskie idiomy ze zwierzętami w tle; Angielski C2 - ‘-ine’ zwierzęca końcówka
fiński: Suomika - Jak zwierzęta mówią po fińsku?
francuski: Français mon amour - Francuskie idiomy ze zwierzętami; We are online - Jak się mają koty we Francji; Zabierz swego lwa - Francuski delfin
gruziński: Gruzja okiem nieobiektywnym - Krowy, świnie, konie i inni użytkownicy dróg
hiszpański: Hiszpański dla Polaków - Gdzie chowają się hiszpańskie zwierzęta?; Hiszpański na luzie - Uciekający zając i skołowana kuropatwa, czyli hiszpańskie frazeologizmy ze zwierzętami
japoński: japonia-info.pl - Jak policzyć płetwale błękitne?
kirgiski: Kirgiski.pl - Kirgiskie nazwy zwierząt
niemiecki: Niemiecki po ludzku - Ciekawe nazwy “zwierząt” w języku niemieckim; Niemiecki w domu: Zwierzęta domowe w Niemczech
norweski: Norwegolożka – Szczęśliwy jak łosoś i silny jak niedźwiedź
rosyjski: Daj Słowo - Historia o psie Anny Politkowskiej; Dagatlumaczy - Zwierzęta z mroźnych krain
słowacki: Powiedz mnie! - Zwierzęta po słowacku
szwedzki: Szwecjoblog - Sekretne życie szwedzkich nazw zwierząt
turecki: Turcja okiem nieobiektywnym - Trzy zwierzęce symbole Ankary
Jeśli podobają się Wam nasze akcje i chcielibyście dołączyć do grupy, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-10-23

jęczmień

Chodzi o ten na powiece. Nazywa się go po chińsku, ku mojemu zdumieniu, również "opuchlizną ziarenka zboża" 麥粒腫 albo prostszą nazwą - igłą w oku 针眼. Niestety ostatnio mi się przytrafił, choć bardzo pilnuję mycia rąk itp. Cóż, zdarza się. Mówię ZB, że potrzebuję lekarstwa, ba, nawet znajduję chińską nazwę tego lekarstwa, które jest najskuteczniejsze. A ZB patrzy na moją opuchniętą powiekę i mówi, że lekarstwo oczywiście kupi, ale żebym już nie podglądała z ukrycia męskiej toalety. Bo wiecie, rodzice młodym Chińczykom wmawiają, że jęczmień się robi od podglądania toalet dla płci przeciwnej...

2017-10-21

grillowane banany กล้วยปิ้ง Kluay Tap

Piękna Cnota wręcza mi foliówkę z nieapetycznie wyglądającą zawartością. I drugą, z jakimś płynem, równie nieapetyczną. Wręcza mi je z uśmiechem na ustach: wymieszaj i spróbuj. Całe szczęście już w Wietnamie nauczyłam się, że najpyszniejsze żarcie najbardziej niepozornie wygląda. Otwieram foliówki i nozdrza świdruje przyjemny zapach grillowanych słodkości. Ach!
Najpierw próbuję zawartości obu woreczków bez mieszania. W pierwszym są rozjechane przez walec małe bananki, wyglądające na niedokładnie obrane - z wierzchu jest taka cienka skórka, jakby błonka, mocno spieczona. W drugim woreczku jest słodki syrop. Wlewam syrop do bananów, choć i bez syropu są smaczne. Niektórzy twierdzą, że powinny być dojrzałe, by z nich przyrządzać takie pyszności. PC mówi, że najlepsze są właśnie takie lekko niedojrzałe, z których nie schodzi wewnętrzna część skóry. Wówczas są lekko twardawe i kwaskowate, co nadaje daniu charakteru.
Spożywam, niechętnie dzieląc się z ZB, a w międzyczasie się przyglądam. Każdy plasterek jest zezłocony z obu stron, czyli bananki były pieczone już po pokrojeniu. PC mówi, że równie często zdarza się wersja z pieczeniem całych bananów i późniejszym krojeniem. Tak czy inaczej, nieodłącznym krokiem przyrządzania tej przekąski jest zgniecenie bananów. Niestety, nie wiem, czemu ono służy :)
Wiem za to, czemu służy maczanie w syropie - temu, żeby ze zdrowego żarcia zmienić banany w nieprzyzwoicie kaloryczny duporost. Syrop składa się bowiem z mleka kokosowego, cukru i często jeszcze jakiegoś tłuszczu. Och, dlaczego wszystko, co dobre, musi być tuczące albo nieprzyzwoite?!...
Kiedy pojedziecie do Tajlandii, nie przechodźcie obok pieczonych bananków obojętnie!

2017-10-19

kamelia

Zakwitła pierwsza kamelia, choć one w Kunmingu kwitną dopiero zimą. Niech to Wam da pojęcie o tym, jaka u nas ostatnio pogoda... :(