blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2013-07-31

fajki

2013-07-30

Pole marihuany 麻園

Niestety, nie ma się czym podniecać. Po pierwsze to tylko nazwa. Po drugie najprawdopodobniej dawniej były tu uprawy konopi siewnych, z których się wyrabia włókna, ewentualnie lnu (po chińsku jedno się wabi 大麻, a drugie 亞麻), a nie tego, co w tytule. Uliczka jest położona tuż przy dawnej ASP, po której jedyną pamiątką jest nazwa ulicy: uliczka Akademii Sztuk Pięknych (藝院巷). W 2011 roku ASP przeniosła się do Chenggongu, miasteczka akademickiego położonego godzinę drogi samochodem od Kunmingu, zwanego też miastem duchów - nie ma tam nic poza kampusami i siedzibą administracji, żadnej infrastruktury, nawet autobusy do Kunmingu są drogie i rzadko kursują, a wielkie nowe osiedla stoją puste. Podobno odkąd ASP się tam przeniosła, zaistniało nowe zjawisko: mają tłumy nauczycieli i studentów, ale tylko na papierze, bo nikomu się nie chce tak daleko jeździć...
Wracając do stare lokalizacji: te dwie uliczki to resztka starego miasta. Nie aż tak starego, żeby było zabudowane siheyuanami i innymi takimi, ale wystarczająco stare, by można było ujrzeć kawałek dawnego tutejszego życia: staruszki w tradycyjnych strojach, wygrzewające się w słońcu, czyścicieli uszu, dawne kunmińskie stragany z przekąskami i tak dalej. Jak na dawne uliczki okołouniwersyteckie przystało, wypełnione są żarciem, smacznym i tanim. Obiecałam sobie chadzać tam czasami, by ponacieszać się jeszcze niezburzonymi resztkami prawdziwego Kunmingu...
W tym ostatnim budynku mieszkał mój Pan i Władca za czasów, kiedy był żakiem i studiował na wydziale muzycznym ASP...

kuchnia turecka 土耳其菜

Nie sądziłam, że stanę się fanką. Odkryłam jednak, że łatwiej mi tutaj przyrządzać tureckie potrawy niż polskie. Ba! Choć od lat się pałętam po wielu blogach kulinarnych, to jest jak do tej pory jedyny, w którym każda potrawa zrobiona z przepisu mi się udała. Polecam więc, choć mam zastrzeżenia do znajomości polskiego autorki.
Blog to Turcja od kuchni i znajdziecie tu prawdziwe niebo w gębie. Oczywiście, zaraz wyląduje w mojej zakładce z linkami.
Polecam zwłaszcza przepis na karnıyarık - faszerowany bakłażan, którym mój Pan i Władca się obżarł nieprzytomnie, a także papierowy kebab - jeśli macie pod ręką jagnięcinę...
Co mnie pociąga w tej kuchni? Przede wszystkim dużo ziół i zieleniny, której w Polsce czasem brakuje, ale której w Kunmingu pod dostatkiem jak rok długi. Polecam!

2013-07-28

deska klozetowa

Wiemy, jakie są chińskie ubikacje. Osobiście wolę te chińskie od naszych, zwłaszcza w miejscach użyteczności publicznej. Był jednak taki miesiąc, gdy klęłam, na czym świat stoi przy każdej wizycie w klozecie. Było to wtedy, gdy miałam problemy z kolanem. Nie mogłam go zginać, a kucnięcie było w ogóle niemożliwe. Kucałam wówczas na jednej stopie, drugą nogę trzymając wyprostowaną - i klęłam. Głośno i soczyście.
Jaka szkoda, że nie wpadło mi wówczas do głowy udać się do sklepu z asortymentem medycznym! Tam właśnie, obok wózków inwalidzkich, kul i innych stojaków do podwieszania kroplówek, można za niewielkie pieniądze nabyć takie cudo:
rozwiązujące wszelkie problemy ludzi, dla których korzystanie z chińskich toalet stało się zbyt trudne/niewygodne.

2013-07-26

nasionka głupka 傻子瓜子

Taką wdzięczną, acz nie do końca przetłumaczalną nazwą ochrzczony jest poniższy sklepik:
Sprzedawane są tam pestki dyni i arbuza, słonecznik świeży i prażony w wielu smakach i cała masa innych smakowitości. Z tym właśnie wiąże się nieprzetłumaczalność nazwy: o ile mi wiadomo, w języku polskim nie istnieje nazwa zbiorcza obejmująca wybór pestek dyniowatych i słonecznikowych. Po chińsku wabią się one guazi 瓜子 czyli pestki dyni, ale obejmują w zasadzie wszystko, co trzeba wydobyć z łuski przed spożyciem.
Do spożycia są przygotowywane w różny sposób: mogą być gotowane, prażone, albo po prostu suszone na słońcu. Można je solić, pieprzyć, a także dodawać paprykę, pieprz syczuański, przyprawę pięciu smaków, cynamon itp.
Niestety, ja ich prawie nie jadam. Okazało się, że są za gorące dla mojego organizmu i zawsze po nich kaszlę. Niech to licho...

2013-07-25

czekając na lunch


Zawsze, gdy widzę robotników, czekających na bento, przypomina mi się stołówkowa piosenka harcerska z czasów mojej Mamy:
"my chcemy jeść, my chcemy pić,
miłością nie możemy żyć,
a-jaj, jesteśmy głodni!" :)

2013-07-24

Jezioro Erhai 洱海

Śniło mi się jezioro. Typowy wakacyjny sen, prawda? Siedzę w mieście, chociaż wolałabym być na Mazurach. Ech...
Z braku Mazur w najbliższej okolicy, zaczęłam przeglądać zdjęcia znad Jeziora Erhai. Długie na ponad 40 kilometrów, a szerokie na 9, jest wystarczająco duże (drugie co do wielkości jezioro słodkowodne w Yunnanie, a siódme w całych Chinach), żeby zająć w moich snach miejsce Mazur. W najgłębszym miejscu ma zaledwie 20 metrów głębokości, za to położone jest dość malowniczo - w wysokich górach (1980 m.n.p.m.), odbijając Błękitną Górę i miasto Dali.
Erhai powstało w epoce lodowcowej; początkowo płytkie, zaczęło się pogłębiać i powiększać, łącząc trzy wcześniej istniejące jeziora. Wody nigdy nie brakowało, bo do jeziora wpada łącznie 117 strumieni, a wypada z niego tylko jeden.
Podobno księżyc odbity w Erhai jest jednym z najpiękniejszych krajobrazów dalijskich. Nam chmury uniemożliwiły weryfikację tego stwierdzenia, ale powiedzieć muszę, że nawet za dnia Erhai jest piękne.
Zdjęć własnych nie mam, więc posiłkuję się zdjęciami Magdaleny Mendel.

2013-07-22

kotewka 菱角

Jedliście kiedyś kotewki? Tym razem pytanie nie jest złośliwe; orzechy wodne można bowiem znaleźć również w Polsce. Wprawdzie u nas kotewka od wieków nie jest już uprawiana, a w Chinach i owszem, ale nadal można na nią trafić.
Choć na owoce kotewki mówi się "orzechy", moim zdaniem zarówno smakiem, jak i konsystencją, bardziej przypominają fasolę. To jest też powód, dla którego akurat tego przysmaku nie pokochałam: większość grochofasolopodobnych paskudztw darzę szczerą nienawiścią.
Szkoda, że tak mi z kotewką nie po drodze. Z medycznego punktu widzenia powinnam się nią zaprzyjaźnić, zwłaszcza z racji dopadającego mnie czasem bólu głowy. Poza leczeniem migren, obniżaniem temperatury i pobudzaniem apetytu (to powinni wpisać w skutki uboczne/działania niepożądane...), działa jeszcze na milion innych rzeczy - ale to wszystko jest na wiki, więc nie będę powtarzać.
W Chinach zastosowanie kulinarne kotewki było znane co najmniej od czasów dynastii Zhou, czyli ponad dwa tysiące lat. Ofiarowywano ją wówczas bogom. Wspomniana została kotewka już w księdze Rytuałów Zhou, a także w niezliczonych chińskich materiae medicae jako roślina zimna, pomagająca przede wszystkim na zapalenia wszelkich flaków i brak apetytu. Można kotewki spożywać na surowo bądź po ugotowaniu - na przykład w zupie. Można je również mielić na mąkę, piec jak kasztany, jest to roślina uniwersalna. Ze spożywaniem kotewki na surowo radziłabym jednak uważać, bo można sobie w ten sposób sprokurować lokatora we własnych flakach...
W regionie Dali kotewka jest masowo uprawiana na wszystkich okolicznych jeziorach i stawach, Jeziora Erhai nie wyłączając. Choć jest to roślina wyrzynająca w pień drobiazg rybny i roślinny, bo blokuje dostęp do tlenu, dalijczycy kotewkę kochają. Może za drobne białe kwiecie? Może za to, że zielenina służy świetnie za paszę dla bydła? A może lubią po prostu w trakcie jesiennych zbiorów orzechów kotewki śpiewać taką o tym zbieraniu pieśń?

Jest to jedna z moich ulubionych przeróbek folkloru :D

2013-07-20

ulicznicy

Nie, nie mam na myśli ludzi mieszkających na ulicy, w zgodzie z europejską tradycją biedoty. Mam na myśli ludzi, którzy chcą pracować. I pracują, nie szukając usprawiedliwień w stylu: nie stać mnie na lokal, nie da się, nikt by nie przyszedł. Brak pomocy społecznej w Chinach ma przynajmniej jeden dobry skutek: zamiast czekać na zasiłek, ludzie COŚ ROBIĄ.
Pytanie: co robi lusterko zawieszone na murze, a pod nim słomiana miotła i inne utensylia?
To przenośny salon fryzjerski.
Od trzydziestu lat z hakiem ten pan, a wcześniej i jego ojciec, ustawiali tu krzesełko i nawoływali chętnych. Można się ostrzyc a nawet ogolić. Z czasem, ponieważ zyskali renomę, w mur wsadzili gwoździk, żeby lusterko można było powiesić.
Fryzjer Li jest tak popularny, że przed jego "salonem" ustawiają się kolejki, a ludzie umawiają się na konkretne dni i godziny. Po ostrzyżeniu fryzjer Li sprząta resztki włosów i niedopałki, zostawiając miejsce w takim samym porządku, w jakim było, zanim przyszedł. Ja bym nawet powiedziała, że zostawia miejsce czystsze niż wcześniej...

2013-07-19

zalany Kunming

W nocy z wczoraj na dziś spadł w Kunmingu największy deszcz od paru lat. Chwilami spadało prawie dwa centymetry wody na godzinę. Skutek: dzisiaj Kunming pogrążony jest w chaosie. Opady, jak to w górach, są nierównomierne. Najbardziej jak dotąd ucierpiała północ, najmniej zachód. Mówię "jak dotąd", bo nadal pada i nic nie zapowiada, by miało przestać.
Zalana jest większość dróg pod drugą obwodnicą, ludzie chodzą w krótkich spodenkach i długich kaloszach/klapkach do sklepu, bo nikt nie zrobił zapasów. Z niektórych osiedli już się nie da wyjść ani wyjechać. Kunmińczycy na lokalnej wersji fejsbuka, weibo, aktualizują statusy: "już mieszkasz w Parku Wielkiego Widoku, patrz, z okna widać Jezioro Dian". Ci z bardziej globalnym poczuciem humoru mówią, że zawsze chcieli pojechać do Wenecji...
Rady władz miasta dla mieszkańców:
1) uwaga na kałuże; w niektórych miejscach woda zerwała klapy studzienek ściekowych, więc trzeba bardzo uważać.
2) omijać z daleka place budowy.
3) uważać na drzewa; zwłaszcza te duże, wysokie i stare mogą nie dać rady burzom.
4) nie wjeżdżać samochodem w głębokie kałuże, z którymi może sobie nie poradzić.

Po czterech latach suszy przyszedł czas na deszcz. Nie całkiem o to mi chodziło, gdy narzekałam na brak wody...
Dzisiaj sporo znajomych nie miało szansy dotrzeć do pracy. Na targach pustki - wieśniacy nie dają rady dotrzeć do miasta. Ciekawe, czy miasto da sobie radę z powodzią.
Mam nadzieję, że tak.
(wiadomości i zdjęcie z kunmińskiej strony informacyjnej)

apel czytelniczy :)

Tak przez trzy lata pieszo i konno tułał się Dargiewicz po Chinach i Tybecie, fotografując ludzi. Amatora portretu stawiał, niczym skazańca, pod drzewem. Czasem ucięło głowę lub nogi i klient niezadowolony dopytywał: A gdzie głowa?
Grunt w takiej sytuacji huknąć w czystej chińszczyźnie: Siedź cicho, durniu, jak nie umiesz pozować do zdjęcia, to nie wydziwiaj!
Zresztą można dokleić głowę, ołówkiem dorysować białe lico i Chińczyk będzie szczęśliwy.

Składam oficjalne podziękowania na ręce kayki, która mnie zapoznała z zupełnie nieoczekiwaną książką. Mój chłopiec, motor i ja. Z Druskiennik do Szanghaju 1934-1936 autorstwa Haliny Korolec-Bujakowskiej wywołują rumieńce podniecenia; czy tym razem z pustą kieszenią i zepsutą maszyną trafią na przyjaciół czy na wrogów? Co będzie miała Halina do powiedzenia o tych aspektach Azji, które od dawna istnieją już tylko w literaturze? Albo przeciwnie, o tych, które nadal mnie zaskakują, choć od ich podróży minął już prawie wiek...
Nie będzie tu ognistego romansu, zapierających dech w piersiach opisów przyrody, antropologiczno-etnograficznego podejścia do sprawy. Będzie za to wartka akcja, a także podziw dla ludzi, którzy spędzili w drodze dwa lata, głodując, chorując, zmieniając się i ciesząc się życiem.
Gdybym miała kiedyś polubić podróżowanie, to tylko takie.

2013-07-18

grill ze Zbudowanej Wody 建水風味燒烤

Byliście kiedyś w Zbudowanej Wodzie? Jeśli jeszcze nie, to szybko to nadróbcie. Usatysfakcjonuje Was i estetycznie, i kulinarnie. Zaczęłam za Zbudowaną Wodą tęsknić, gdy tylko wsiadłam do powrotnego pociągu... Miasteczko Jianshui nie jest wprawdzie położone specjalnie daleko od Kunmingu (dwieście kilometrów z haczykiem), ale chwilowo, nie mogąc tam wrócić, pocieszam się knajpą wymienioną w tytule.
Tak naprawdę nazwa tej knajpy wprowadza w błąd. Można tam zjeść wiele innych rzeczy, nie tylko grillowane szaszłyczki czy owoce morza. To właśnie tam pierwszy raz w życiu jadłam pijane krewetki, to właśnie tam się udaję, gdy tęsknię za smażonymi w głębokim oleju robakami bambusowymi, to właśnie tam najczęściej podkurkujemy.
To jest właśnie ta knajpa, do której prowadzę gości, Europejczyków i Azjatów, by dowiedzieli się czegoś o yunnańskiej kuchni. Brzydzą się zwłaszcza ci pierwsi, gdy widzą gamę produktów spożywczych proponowanych przez szefa kuchni:
Zapewniam jednak, że wszystko przyrządzone jest na najwyższym poziomie, a oprócz tzw. "paskudztw" można wybrać mniej ekscentryczne pokarmy. Ceny są bardzo umiarkowane, a wielkość półmisków zadowalająca.
Co polecam? Raki* na ostro, robaki bambusowe, pieczone przegrzebki i ostrygi, kurczacze nerki, smażone kwiaty, a do tego smażony ryż.
Adres: 昆明市丰宁小区北区步行街
Tutaj zdjęcie:
Wyraźniejsze zdjęcia knajpy i potraw można znaleźć na przykład tutaj.

*A przecież wszyscy wiedzą, że "Kto to widział, nigdy w życiu nie zjeść raka! I nie złapać! Takie życie jest w ogóle zmarnowane!"O ile mogę z czystym sumieniem zrezygnować z łapania raków, o tyle jedzenia sobie nie odmówię...

2013-07-17

larwy ważek 水蠆

Będąc w Dali, trafiliśmy na knajpę, w której menu były właśnie larwy ważek.
Smażone w głębokim tłuszczu powinny być przepyszne. Delikatność wobec towarzyszy podróży nie pozwoliła nam zamówić ich na obiad, ale za to dowiedziałam się czegoś ciekawego, czyli jak się nazywa larwa ważki.
Larwy są generalnie nazywane "insekcimi niemowlętami" - 幼蟲. Poszczególne gatunki posiadające stadium larwalne, mają swoje, zwyczajowe nazwy dla "niemowląt", np. larwa żaby, czyli kijanka, to 蝌蚪.
Nazwa larwy ważki to, w wolnym tłumaczeniu, wodny skorpion. Chài 蠆/虿 to słowo odnoszące się pierwotnie do jednego z gatunków skorpionów, a potem przeniesione, zapewne siłą skojarzenia, na wszystkie jadowite insekty i pajęczaki.
No dobrze, ale przecież larwy ważki nie są jadowite. Więc o co chodzi?
Tym razem nie o jad, a tym, co on za sobą niesie: śmierć. Skorpiony są groźne. Larwy ważki też. Do jakiego stopnia? Chociaż są "niemowlętami", potrafią zaatakować nawet dojrzałe osobniki swojego gatunku. I wygrać...

2013-07-16

kultura osobista 素質

Mike to miłe dziecko. Zawsze pamięta, żeby zdjąć buty, gdy przychodzi na korepetycje z angielskiego, grzecznie siedzi na twardym krześle i naprawdę zastanawia się nad odpowiedziami, a nie stara się przeczekać te dwie godziny. Gdy podczas pierwszej lekcji zapytałam go, dlaczego chce się uczyć angielskiego, zamiast spojrzeć na mnie z politowaniem i odpowiedzieć, że rodzice mu kazali, jak odpowiada większość dzieci, powiedział, że odkąd potrafi korzystać z anglojęzycznej wikipedii, dowiedział się wielu fascynujących rzeczy. Jak na jedenastoletniego chłopca jest naprawdę niezwykły.
Zajęcia zawsze luźno zahaczają o artykuły, które zadał mu do przeczytania inny nauczyciel angielskiego. Były już piramidy, koparki, nobliści, a wczoraj biografie gwiazd. To zawsze jest tylko punkt wyjścia: czyta artykuł, poprawiam mu wymowę, tłumaczę co trudniejsze sformułowania, a potem dyskutujemy. Wczoraj, przy dyskusji o biografii gwiazdy - wybrał sobie mojego ulubionego Andy'ego Lau - omawialiśmy różnice między filmami z Hongkongu i Chin.
W międzyczasie zdołałam się dowiedzieć, że rodzice planują go wysłać za granicę, jak tylko trochę podrośnie i będzie samodzielny. Nie chcą, żeby dorastał w Chinach i był na nie skazany - a że mają jakiegoś pociotka w Australii, zapewne Mike wyląduje właśnie tam. Pytam, czy chce jechać, czy tylko rodzice mu każą. On mówi, że marzy o wyjeździe. Pytam dlaczego - zaintrygował mnie fakt, że chłopak jest tak nastawiony na wyjazd, choć chłopcy w jego wieku zazwyczaj lubią swoich kolegów w szkole i swoje środowisko, ani im w głowie wyjazdy.
"Chcę wyjechać, bo... (tu zabrakło mu słowa, więc je szybko przetłumaczyłam z chińskiego) kultura osobista Chińczyków jest tak okropnie niska. Nie śmiej się, to poważny problem. Wiesz, że w Kunmingu mamy nowe lotnisko (Lotnisko Długiej Wody, działa od roku)? Wiesz, że po wybudowaniu lotniska setki ludzi jeździły tam się przespać i umyć, bo są bezpłatne ubikacje? Ale może nie wiesz, że są tam automatyczne krany. No więc są. Ci ludzie, pochodzący ze wsi, nie wiedzieli, jak się ich używa, próbowali odkręcać wodę na siłę i połamali kilkaset kranów. Kilkaset, rozumiesz? W ciągu roku od zbudowania kilkaset kranów zostało zniszczonych przez tych wieśniaków!".
Rozumiem, że w głowie mu się to nie mieści, ale próbuję tłumaczyć: wiesz, skoro są ze wsi i nigdy nie widzieli takich kranów, to nic dziwnego, że je poniszczyli, prawda? Przecież nie zrobili tego specjalnie...
Mike patrzy na mnie ze smutnym uśmiechem i mówi: "Mam jedenaście lat i codziennie napotykam bardzo wiele rzeczy, których nie rozumiem i nie umiem używać. Ale ja, jeśli czegoś nie rozumiem, to pytam, jak tego użyć, zamiast niszczyć".

2013-07-15

bajski kompot z suszu 白族酸梅湯

No bo jak inaczej nazwać napój, który powstaje na bazie ususzonych śliwek? Z tym, że w przeciwieństwie do naszego kompotu z suszu, tutaj te śliwki są kwaśne - taki sposób preparowania. Jako przekąski bym ich w życiu nie podkradła, a przecież za nasze suszone dałabym się zabić. I właśnie na takich kwaśnych śliwkach gotuje się kompot. Niestety, w języku chińskim brak rozróżnienia zup i kompotów, choć same zupy zostały przez nich poklasyfikowane dość szczegółowo, więc kompot jest zupą: tang 湯.
Dawniej do dostania tylko w bajskich knajpach, teraz wszedł do produkcji masowej. Można dostać to cudo w butelce. Dostępne jest w różnych smakach (tak!); my skusiliśmy się na smak pierwotny, kwaśnośliwkowy.
Skrzywiło mnie przy pierwszym łyku, przy następnych zresztą też, ale przyznać trzeba, że na upały kompocik jest boski.

2013-07-14

青蛙皮 żabia skórka

Wędrując ulicami starego miasta w poszukiwaniu dalijskich przysmaków, natrafić można na milion knajpek z menu wystawionym na bruku:
Można zobaczyć i wybrać sobie warzywa podług własnego uznania, a i zamawianie jest prostsze - wystarczy pokazać palcem. Oczywiście, warto byłoby wiedzieć, co się pokazuje. O ile bakłażany czy pomidory są mało egzotyczne, o tyle zdarzają się miski z niezidentyfikowanymi obiektami. Obiekty są tak bardzo niezidentyfikowane, że czasem trzeba zapytać: "co to?". Nie znaczy to niestety ani że zrozumiemy odpowiedź (tamtejszym wydaje się, że mówią po mandaryńsku, ale to nie do końca prawda), ani że naprawdę będziemy wiedzieć, co to takiego. Potrawa, o której wspomniałam w tytule to chyba najlepszy przykład.
Tak. Dzisiejszy przysmak to specjał dalijski, na który dość powszechnie mówi się "żabia skórka". To, że z żabami nie ma nic wspólnego, nikogo nie obchodzi. Wygląda jak skóra parchatej ropuchy. Kogóż obchodzi, że to zwykły mech?
Mech jest jadany w wielu regionach, przez wiele grup etnicznych. W Chinach najbardziej znani ze spożywania mchu są reprezentanci mniejszości Hani oraz Bai. Ci pierwsi specjalizują się w mchu, który, jak zemsta, najlepiej smakuje na zimno. Jest pyszną przystawką i jednym z najlepszych lekarstw na kaca. Świeży i młody mech zdrapuje się z drzew ostrym nożem, przyprawia solą, czosnkiem, zieloną cebulką, pieprzem syczuańskim i... świeżą wieprzowiną. Jak świeżą? Taką, która rano jeszcze tuptała, a nie została jeszcze ugotowana... Takiej nie jadłam i nie zamierzam. Surowa wieprzowina byłaby ok, ale chiński sanepid jest, łagodnie mówiąc, niepewny.
W Dali, na zboczach świętej Góry Kurzej Stopki, rosną lasy, w których zbierany jest inny zapewne mech. Technika zapewne jest podobna. Nikt nie wie, jaki to gatunek mchu - to znaczy Baiowie wiedzą, ale nie znają nazwy w żadnym, poza bajskim, języku. Już dziesięć deko mchu wystarczy, by usmażyć spory talerz żarcia. Tutejszy mech smaży się bowiem po uprzednim wysuszeniu i wymoczeniu - które powoduje znaczne zwiększenie objętości.
Można usmażyć z yunnańską szynką albo w jajecznicy. Można na ostro, na słono, na wszelako.
My zjedliśmy mchową jajecznicę, przesmaczną. Od dziś będzie to mój kulinarny numer jeden w Dali i okolicach.
(Zdjęcie dzięki uprzejmości wspaniałej fotografki Magdaleny Mendel)

2013-07-13

Takie jest życie!

Ku mojemu ogromnemu rozbawieniu kunmińscy sprzedawcy odzieży postanowili tę sentencję przetłumaczyć fonetycznie. Z francuskiego. Rezultat jest oszałamiający:
Sai la wei yi!!!!

2013-07-12

Zupa

Zupa jaka jest, każdy widzi.
Może być na kościach, mięsie albo wegetariańska. Może być gęsta, pożywna, albo leciutka i dietetyczna. Może być przejrzysta, albo być zupą-kremem.
Skoro granicą świata człowieka jest język, stwierdzam, że jednak Chińczycy mają większe pojęcie o świecie. Przynajmniej jeśli chodzi o zupy.
Jak do tej pory spotkałam się z trzema typami zup. Każda ma swoją osobną nazwę - nie tylko opis, bo zupa jest zupą, tylko się różni gęstością.
1) Zupa-zupa 湯
Pierwsze i podstawowe znaczenie słowa tang to gorąca woda. I z tym właśnie powinna nam się kojarzyć zupa - nazwą tang określamy bowiem zupę, którą otrzymujemy po ugotowaniu jakiegoś produktu spożywczego. Możemy więc mieć barszcz czy rosół - to będą zupy w chińskim rozumieniu.
2) Zupa-krem 餬餬/糊糊
To jest gęścior, zupa, która ma konsystencję kleiku ryżowego albo i gęstszą. W tradycyjnej kuchni chińskiej taki efekt uzyskuje się, gotując mąkę pszenną bądź kukurydzianą. Odpowiednikiem chińskiego huhu byłby więc żur. Jednakowoż dziś używa się nazwy huhu również, żeby opisać inne, niemączne zupy-kremy - na przykład huhu dyniowe czy mleczne (coś w rodzaju naszego budyniu, z mlekiem zagęszczonym mączką ryżową). Zawsze, gdy robię zupę-krem z brokułów czy dyni, Pan i Władca twierdzi, że to nie zupa, a huhu.
3) Geng 羹
No i właśnie na to słowo najbardziej mi brakuje tłumaczenia. Jest to coś pomiędzy zupą a zupą kremem, ma być gęste, ale najlepiej przejrzyste. W odróżnieniu od zupy jest zagęszczone; w odróżnieniu od huhu mączka nie jest głównym składnikiem, służy tylko zmianie konsystencji zupy z wodnistej na półpłynną. Do takich zup... gengów zaliczyłabym na przykład naszą zupę grzybową.
Strasznie długo mi to tłumaczyli, nauczyciel Czerwony Blask i ZB. Głównie dlatego, że sami nie mieli pojęcia, czym się różnią te trzy typy - w niektórych regionach huhu i gengu używa się wymiennie...

2013-07-10

Opiekuńczy duch Błękitnej Góry 蒼山守護神

Było to w roku 1381. Zhu Yuanzhang (czyli cesarz Hongwu) wysłał swego przybranego syna i zaufanego generała w jednym, Mu Yinga, do Yunnanu, by przeszedł przez Błękitną Górę (蒼山) i zdobył dlań Królestwo Dali. Nie samego, oczywiście: pod rozkazami miał 300 tysięcy żołnierzy. Jednak gdy przeprawiał się on z wojskiem przez Staw Mycia Koni (洗馬潭), nagle z całego serca zapragnął zrzucić zbroję, znaleźć jakiś miły zakątek i uprawiać w spokoju ziemię, choćby i do końca życia. Nie zrobił tego; zarówno on, jak i jego potomstwo ustanawiali w Yunnanie prawo i porządek, pozostając wiernymi dynastii Ming. Ale może rządy byłyby cięższe, a Dali zostałoby rozniesione na strzępy, gdyby nie właśnie ten "duch opiekuńczy Błękitnej Góry", którego widok i mnie zawrócił w głowie?
Po bliższym przyjrzeniu się górze zobaczyłam, jak większość Chińczyków, wizerunek małpy... przepraszam, Małpiego Króla. Ciekawe, że małpa i wieprzek są najukochańszymi bohaterami Chińczyków...

2013-07-09

Cangshan 蒼山 - Błękitna Góra

Cangshan to nazwa pasma gór przy Dali. Są one częścią łańcucha gór Yunling (雲岭) czyli Gór Chmurnych, które się właśnie tu zaczynają, układając śliczną górską ścieżkę od Dali przez Lijiang aż po Tybet.
Na górze tej poznano się już za czasów, gdy Yunnan nie był jeszcze chiński - mianowicie za czasów Państwa Nanzhao - najwyższy szczyt uważano wtedy za świętą górę.
Na pasmo Cangshan składa się 19 szczytów powyżej 3500 m.n.p.m., przy czym Cangshan właściwe, czyli najwyższy szczyt Koniosmok (Malong 馬龍), sięga 4122 metrów. Żlebami płyną potoki, czasem maleńkie, czasem huczące wodospadami, zawsze groźne na wiosnę - ośnieżone szczyty zielenią się, a potoki kończą swój bieg, zasilając Jezioro Erhai.
Od naszych wysokich gór różni Cangshan różnorodna, obfita flora, na którą jako pierwszy zwrócił uwagę mój ulubieniec Delavay, jeszcze w XIX wieku.
Oczywiście strasznie żałuję, że przyjechałam o ponad 20 lat za późno. W 1991 roku dzikie ścieżki górskie, które musiały być marzeniem każdego taternika, zmienione zostały na spacerową trasę uzupełnioną wyciągiem - najpierw krzesełkowym, potem gondolkowym. Wraz z pojawieniem się tych udogodnień łażenie po Cangshan w zasadzie umarło. Po pierwsze: teraz trzeba zapłacić za wejście, bo oczywiście całe góry weszły w skład parku narodowego. Po drugie: na najwyższy szczyt można się dostać tylko gondolką; surowo zabroniona jest samodzielna wspinaczka. Po trzecie: cały szlak wypełniony jest panieneczkami na wysokich obcasach i chłopaczkami w japonkach, przez których są zamykane trasy. Dlaczego? Ano kilkoro głupków się zabiło, idąc w góry w takim obuwiu. I choć właściwie wszystkie trasy górskie są oschodowane i pozabezpieczane, przez tych kretynów trudniejszych szlaków już się nie udostępnia - pozarastały pokrzywami, nikt nie sprawdza obluzowanych kamieni, a wejście jest na własną odpowiedzialność - bo w tych górach nie ma GOPRu...
Mniejsza z tym. Ja akurat niewspinaczkowa jestem, żalę się tylko dlatego, żeby ci Czytelnicy, którzy mają zamiar odwiedzić Góry Cangshan, byli odpowiednio przygotowani.
Pięciogodzinny spacer, który odbyliśmy ścieżką spacerową, bardzo mi się podobał. Nie zmęczyłam się tak, żeby marudzić, chociaż byliśmy w wysokich górach. Nie bolały mnie nogi i na drugi dzień nie miałam zakwasów. Ku mojemu zdumieniu, ZB cierpiał. Łydki go bolały tak, że jęczał w trakcie prowadzenia samochodu. A taki niby wysportowany...
Zakochałam się w strumykach, wodospadach, a nawet w kamiennej ścieżce, która tak miło nas prowadziła.
Mniej zakochana jestem w jadowitych wężach, które owszem, zdarzają się tutaj.
Jeszcze mniej podobają mi się miejsca, w których spadające głazy zlikwidowały barierki
bądź widok głazów, które spaść mogą choćby i za chwilę, a które podparte są mocno prowizorycznie.
Cóż. Lęk wysokości powinien mnie skłonić do pozostania w Dali, zamiast wycieczek w góry, ale przecież nie będzie mi głupi lęk mówił, co mam robić, prawda? :)
Reasumując: choć chińskie zwyczaje taternicze różnią się w sposób mocno zauważalny od tych polskich, choć z dzikością to te góry mało mają wspólnego, i tak uważam, że warto tam pójść. Ba! Warto spędzić tam nie pięć godzin, a cały dzień. Dwa dni. Tydzień. Na wejściu na każdy pagórek, zamoczeniu stopy w każdym strumyku, na ochaniu i achaniu przy nieprawdopodobnych widokach. Na odkryciu, którędy można tam wejść nie płacąc za bilet. Na próbach wejścia na sam szczyt.
Marzy mi się widok na Yunnan z 4122 metrów. Może następnym razem nie będzie padać, a my będziemy mieć tydzień a nie dwa dni?